Nawigacja

Kanał IRC

Serwer: irc.rizon.net
Kanał: #rtt
Zalecane kodowanie: UTF-8
irc://irc.rizon.net/#rtt

Aktualnie online

Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 307
Najnowszy użytkownik: WolfranArua

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

Shoutbox

Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

06-02-2019 20:25
Raczej nie, chyba że uda mi się jeszcze ten jeden ostatni raz obudzić w sobie siódmy zmysł.

01-02-2019 08:38
Ło panie ta strona to jeszcze żyje??? Wiem, ze mieliście MEGA error, ale mam pytanie czy wiecie może coś o napisach do Saint Seiya Saintia Shou. Pojawią się kiedyś tutaj???

04-04-2017 19:23
Ok. Dzięki za odpowiedź.

04-04-2017 18:33
Szlag trafił wiele rzeczy i teraz musimy sobie z tym jakoś poradzić. Za kilka dni oczekuj newsa na stronie.

31-03-2017 20:07
Dobry. Szlag trafił czcionki do waszych napisów. Można się spodziewać zaktualizowania linków do nich?

27-09-2016 20:35
Na nocki za 150% stawki. Samo w sobie oczywiście nie wystarczyłoby, ale dość żeby nie musieć pracować na cały etat. A bardzo możliwe że w tym roku dostanę jeszcze stypendium.

26-09-2016 07:29
Chyba dobrze płatna fuszka, bo 10 tygodni to stosunkowo mało.

26-09-2016 00:33
bywa zaskakujące. Spotkałem w Holandii kuzynkę zaproszoną na dwa tygodnie przez kolegę. Nawet nie wiedziałem, że wyjeżdża. Świat jest mały.

26-09-2016 00:32
Ja tylko na 10 tygodni w wakacje, bo studiuje, a taki wyjazd jest mi w stanie zapewnić możliwość utrzymania się potem przez cały rok akademicki bez zarzynania się. I może wydawać się oczywiste, ale by

20-09-2016 19:59
Sry, nie czytam shoutboxa. Oczywiście, że za pracą, a dokładniej to za pieniędzmi, bo praca to jedynie przykry dodatek. Ja już w ojczyźnie, a jak u ciebie?

Archiwum shoutboksa

KKDD wiosna/lato 2016

Podsumowanie wiosna/lato czas zacząć. Miłej lektury!

Mayoiga
Link do MALa

Seria to takie zderzenie wydumanych pomysłów z rzeczywistością, a raczej trudnościami, jakie się napotyka przy realizacji projektu o obiecujących założeniach. Sam pomysł przeświecający temu anime był interesujący i to nawet bardzo. Zgraja ludzi o pokręconych osobowościach postanawia uciec od rzeczywistości, wierząc, że istnieje miejsce odcięte od świata, które im to umożliwi. Na miejscu okazuje się, że tak kolorowo nie jest, bo oprócz totalnej biedy i pustostanów, ludzie zaczynają znikać w dziwnych okolicznościach. Nie wiadomo, o co chodzi, więc chodzi o... Nie, tym razem nie o pieniądze. Seria miała być czymś przypominającym kryminał z domieszką psychologii i fantastyki. Co więc trzeba, by ten miszmasz urodził coś interesującego? No po pierwsze ciekawą tajemnicę do odkrycia, po drugie bohaterów z ręcami i nogami. Najważniejsze, by postacie po parusekundowym przedstawieniu się w pierwszym odcinku nie wzbudzały ciężkiego do pohamowania odruchu wymiotnego – tylko tyle. No dobra, może nie aż tyle, bo muszą jeszcze ciekawić. Jednego twórcy/om nie pożałuję – mianowicie wyobraźni. Tak pokręcone grono bohaterów przyprawia o zawrót głowy już od pierwszych minut. W tym czasie również pojawiają się nasze sympatie i antypatie. Z przykrością muszę przyznać, że tylu idiotycznych postaci na raz nie widziałem. I co gorsza, niektóre były debilne i jednocześnie nijakie do bólu, przez co zapominało się o nich w przeciągu milisekund. Po drugie było ich stanowczo za dużo jak na takie wprowadzenie. No może w przypadku książki, miałoby to sens, ale tu? W tym chaosie pełnym trudnych do polubienia postaci musimy się w nie wczuć, by zrozumieć motywy, jakie im przewodzą. Czy to się udaje? Ciekawi mnie, jak było/będzie w waszym przypadku , bo ja miałem duże trudności. Z czasem, gdy wszystko zaczyna nabierać sensu, anime staje się strawniejsze i mutuje z kryminału w coś ciężkiego do określenia. Rozwiązanie zagadki rozczarowuje, jak to zwykle bywa, ale czy naprawdę oczekiwania były aż tak wysokie? To już zależy do was. Komu polecę? Nie jest to tępa komedyjka z cyckami, więc warto choć liznąć w akcie desperacji z braku laku. Niemniej oczekiwań podbijać nie polecam, gdyż takowe rozbudzone apetyty sprowadzą na widza druzgoczący zawód. Odrobina tajemnicy, psychologii oraz dramy jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ale warto być ostrożnym.

Big Order (TV)
Link do MALa

W zasadzie dwa odcinki wystarczyły mi, by odgadnąć, gdzie już widziałem ten design postaci. Tak, Mirai Nikki. Czy w takim razie mam się cieszyć, czy smucić? Ja... byłem neutralny, gdyż starałem się dać produkcji szansę na rozwinięcie skrzydeł. Bo choć poprzednia produkcja tego autora nie urwała ni czego, to kto wie, może teraz będzie inaczej... - łudziłem się. Niemniej jedno muszę przyznać, ciekawych pomysłów facetowi nie brakuje. Nie wypowiadam się na temat mangi, bo tej nie czytałem. Natomiast anime to jeden wielki wyścig na złamanie karku. Wszystko dzieje się tak szybko, że nie rozumiemy czasami, o co chodzi. Podczas seansu posiadamy fizyczną zdolność poznać jedynie kilka postaci, bo reszta rozmywa się w naszych głowach w bezkształtną masę – a na pewno nie pomaga fakt, że bohaterowie drugoplanowi to osobliwe indywidua, których widok może przyprawiać o skręt kiszek. Wydaje mi się, że ich wyrazistość miała wspomóc nasze banki pamięci w mózgu, ale chyba niezbyt się to udało. Sam główny motyw w iście "death note’owskim" stylu miał zachęcać do oglądania, bo bohater zdolny do wszystkiego w imieniu wyższego dobra na pewno nie jest czymś pospolitym i wszechobecnym. Szkoda tylko, że zamiast thrillera psychologicznego otrzymaliśmy bezmyślną młóckę z pseudointeligentnymi rozkminami. Jakaś tam tajemnica majaczy w tle, lecz nieszczególnie ciekawi, bo twórcy nie postarali się zadbać o to, by dostatecznie mocno zachęcała widza. Z jednej strony serwuje się nam powagę i mrok, a z drugiej rzuca w widza prostackim fanserwisem. Pojawia się nawet coś na pozór trójkąta miłosnego, którego czwartym wierzchołkiem zarysowanym jedynie linią przerywaną okazuje się siostra głównego bohatera. No tak, Japonia. Braciszek gotowy na wszystko dla swojej siostrzyczki... skąd my to znamy? Racja, z setek innych produkcji. Co zabawne, autor po raz kolejny starał się wprowadzić do historii swój ulubiony typ bohaterek, a mianowicie yandere. Postać okazała się mniej mordercza niż ostatnio, co przy okazji wprowadziło do historii odrobinę humoru. Ale nawet mimo tylu wad, da się wyczuć tutaj namiastkę potencjału, która mnie lekko przykuwała do ekranu. "Jak to się skończy" – majaczyło mi gdzieś od połowy serii. Czy zakończenie było wierne mandze, czy kompletnie zmyślone, tego nie wiem, ale na pewno pozostawiało niesmak. Komu polecę? Zapewne fanom Mirai Nikki, gdyż styl jest podobny, a główne postacie to niejako kalka. Polecam również ludziom zapatrzonym w fantastykę, dzieciaki z supermocami, walki oraz umiarkowany fanserwis. Reszcie odradzam dotykać nawet kijem, bo smród jaki wzniesie się w powietrze może zwalić was z nóg.

Gakusen Toshi Asterisk 2nd Season
Link do MALa

Każdy zainteresowany wie, o czym mowa. Oto przed wami sequel sławetnego Asteriska. Prawdę powiedziawszy, to nie wiem, skąd narodził się hajp tej serii. Kasa się znalazła, żeby nakręcić drugi sezon, opłacić sztab dobrze wyszkolonych artystów, animatorów, grafików 3d oraz szpeców od efektów specjalnych. Poziom rzadko schodził poniżej pułapu przyzwoitości, a najczęściej szybował w górę, by oczarowywać widzów niezwykłą jakością. Z czego to się bierze? Jak już wspomniałem wcześniej, bitwę na szkolne haremówki wygrał swego czasu Rakudai Kishi no Cavalry, a nie Asterisk i tego trzymać się będę, więc czemu sequel powstał tego drugiego? Seria to typowy harem z głównym bohaterem o dobrym serduszku i twardej dupie (czemu dupie? Do nadstawia ją w obronie dziewuszek), przy okazji jeszcze dość sprawnie macha mieczem, ale to tylko dodatek. Historia to plątanina walk z tajemnicą w tle i jakimiś spiskami niewiadomego pochodzenia. Ten sezon to prawie w całości jeden wielki turniej z paroma przerwami na poboczne questy w postaci utrudnienia im występu na zawodach. Wydaje się płytkie jak diabli, ale całe to bogate wykonanie robi robotę. No w końcu w złotym opakowaniu można sprzedać nawet gówno, bo kto przed zakupem zagląda do środka, prawda? No ale w tym przypadku nie jest aż tak źle, bo pomimo wad ogląda się to przyzwoicie i nawet lekko wciąga, jakby się wczuć. Powtarzać się dalej nie będęł, bo o prequelu pisałem, a kontynuacja niewiele się różni. Komu więc polecę? Fanom Asteriska przede wszystkim i równie mocno ukochanym we wszelakich harwmówkach, na które nie poskąpiono mamony, oraz lubującym się w efektownych walkach. Nie polecam z kolei pozostałym, bo fabuły tutaj nie za wiele, a gdy już się pojawia, to nie poraża.

Kuma Miko
Link do MALa

Seryjka po obrazku zapowiadała dziecinne kino ze słodką dziewuszką i niedźwiadkiem. Co zabawne, stosunkowo niedawno oglądałem kompilację wypadków ludzi ze zwierzętami i atak niedźwiedzia również się tam znalazł. Z tą wizją świeżą jeszcze w głowie przystąpiłem do seansu. Oczywiście, bajka bardzo odbiegała od brutalnej rzeczywistości, ale na szczęście nie była przeznaczona jedynie dla najmłodszych. Prezentowane w niej żarty były z jednej strony słabe, a z drugiej dosyć miodne – bo zapomniałem wspomnieć, to komedyjka. Tyle że jest tego mało i to stanowczo. A zamiast tego wałkuje się w kółko jedno i to samo, przez po paru odcinkach w zasadzie cały repertuar już znamy. Postaci też nie ma tutaj zbyt wiele, przez co na powiew świeżości również liczyć nie możemy. Każdy z bohaterów ma swoje stałe cechy, które wywołują dane typy interakcji. Odcinki są zbudowane właśnie na tych wypadkowych, które z kolei są wałkowane do utraty tchu. Mimo że widz wie, jak się skończy dana sytuacja, bajka stara się go przekonać, że tak nie będzie. No i wpadamy z bezsensowny cykl. Jaka jest definicja szaleństwa? – robić ciągle tę samą rzecz, licząc na osiągniecie innego rezultatu. Odnosząc się do tego, Kuma Miko to esencja szaleństwa. Komu więc polecę? Na pewno fanom lekkich komedyjek i słodziasznych loli w przeuroczych sytuacjach. No i fanom kapłanek. I niedźwiadków. Reszcie niezbyt. Ale jedno muszę przyznać, graficznie seria stała wysoko, bo poziom detali i animacje są najwyższych lotów. Ciekawe, czy ta kasa się zwróci...

Bakuon!!
Link do MALa

Bajeczka o dziewczynach ujeżdżających stalowe rumaki. Po obrazkach i niewiele mówiących trailerach byłem przygotowany na takiego lekko zmienionego Gurls und Panzer, czyli moe ala Kejon w połączeniu z motorami. Jakie było moje zdziwienie, gdy seria okazała się przesycona żartami i to czasami konkretnymi, na pewno nie pasującymi do typowego moe-gówienka. Ale po kolei. Bajka bez wątpienia zaczyna się sztampowo, bo jedna baba drugiej babie... pardon. Jedna dziewczyna drugiej dziewczynie pokazała, że motory to zajebista zabawa nawet w wieku licealnym. Oczywiście zapisały się do klubu i zaczęła się zabawa. Ale nie! Najpierw prawko, to był pierwszy krok. W Japonii nie to co w Polsce, więc dziewuszce poszło jak z płatka. Po drodze spotkała jeszcze gadający motor, ale to historia na inny raz... Wtedy paczka dziewczyn mogła się wybrać razem na ukochaną przejażdżkę bez przeszkód. Niby nudy jak flaki z olejem i pewnie dla wielu tak będzie, ale bohaterki okazały się mieć bardzo specyficzne osobowości i zabawne kompleksy. Weźmy na warsztat jedną z nich. Ukochała się w maszynach Suzuki mimo wyraźnej niechęci do nich pozostałych koleżanek przez co jest wyśmiewana praktycznie co odcinek. Bo niby Suzuki są brzydkie, a jej fobie została wywołana przez traumę z dzieciństwa. A jakby tego było mało ma wypalone na dupie logo tej marki... Bound for life. Większych spojelrów wam oszczędzę. Seryjka jest dość realistyczna pod względem mechaniki, bo modele 3d wyglądają przecudnie. Ogólnie wizualnie jest zadowalająco. Jedynie sęk w tym, że to jednak bajka o dziewczynkach, a nie jakaś sportówka z szybkimi wyścigami, przez to jej ograniczenia stają się uciążliwe po niedługim czasie. A z czasem nawet pojawią się ecchi... Komu polecę? Fanom kolejnych paringów dziewczynek z metalowymi potworami przeznaczonymi dla facetów. Bajkę odrobinę ratuje humor, bo bez niego byłby bardzo ciężko strawna. Ale i tak najlepsze podsumowanie tejże produkcji znajdziecie TUTAJ.

Hundred
Link do MALa

Co tu wiele pisać, kolejna wariacja na temat: "ludzkość kontra potwory z kosmosu" w sosie ecchi. Naiwnie uwierzyłem po pierwszym docinku, że tkwi tutaj potencjał, lecz szybko sama bajka mnie wytrąciła z tego błogiego stanu nieświadomości, dociskając bez skrupułów do podłoża bezlitosną rzeczywistością. Liczyłem na drobinę mroku i ciekawych walk, a otrzymałem nowe dziewuszki wysypujące się w każdym odcinku jak króliki z kapelusza. Co kolejna to większy WTF na mojej twarzy – jak można iść po takich schematach? Siostra? Normalka. Koleżanka z dzieciństwa obroniona przed bestią lata temu? No jest. Przewodnicząca rady uczniowskiej? No ba. Znana idolka? Phi, nie mogło jej zabraknąć. I jak tu człowiek ma zachować choć odrobinę trzeźwego umysłu przy ocenie, gdy rzuca się mu w twarz takimi kwiatkami. Aż się w bebechach wszystko gotuje na samą myśl, że to coś powstało i o zgrozo otrzymało zielone światło na anime. O fabule nie wspomnę, bo to nieistotny szczegół w tym gatunku, jest, bo być musi. Co z walkami? Szału ni ma. Nagłe levelupy głównego herosa to chleb powszedni, a oprócz tego jest nudno do zesrania w pory, a nawet i bardziej. Czy warto się and tym pastwić dalej? Chyba nie. Komu polecę? Zdesperowanym fanom cycków i majtek, oraz bohaterów, którzy normalnie potykają się byle patyk, a w czasie walk poruszają się z kocią zręcznością. Tyle.

Joker Game
Link do MALa

Seria wyjątkowo nietypowa, bo opowiada o japońskich agentach wywiadu wojskowego w czasie drugiej wojny światowej. Nie jest to temat przyjemny ani wdzięczny, ale na pewno ciekawy. Seria zaczyna się miodnie, bo wprowadza nas w zawiłości zawodu agenta wywiadu poprzez tytułową grę jokrów, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone, a najlepszy bierze wszystko. Szkoda jedynie, że im dalej w las, tym coraz ciemniej. Zamiast iść w konkretną fabułę, twórcy postanowili uraczyć widza krótkimi historyjkami z placów boju w różnych zakątkach świata. Nie, żeby te epizodyczne perypetie naszych bohaterów były jakieś złe, ale ja spodziewałem się spójnej fabuły, a nie oderwanych od siebie misji. Innymi słowy – wynudziły mnie srogo, a to chyba najgorsze, co może się przytrafić oglądającemu bajki. Osz taki potencjał zmarnować... Kreska jest genialna, a brutalne realia pracy agenta wgniatają w fotel podczas seansu. Tutaj gra toczy się o wszystko, a życie jest niczym w obliczu przyszłości kraju. Ech, gdyby nie ta nuda... Komu polecę? Znudzonym szkolnymi popierdółkami i łaknącymi czegoś innego. Może wam się bardziej poszczęści niż mi.

Bungou Stray Dogs
Link do MALa

Kompletnie nie moja bajka. Zastanawiałem się przez moment, komu się to może podobać i doszedłem do wniosku, że głównie fanom/fankom mangi a nie zabłąkanym duszom poszukającym ciekawych pornobajek. Nie wiem, czy to wina alkoholu, który właśnie spożyłem, ale czuję się onieśmielony powiedzieć to wprost. W historii ani postaciach nie było niczego interesującego, co ciągnęłoby mnie do ekranu. Oglądając, męczyłem się mocno i nawet przysnąłem parokrotnie (pewnie wyglądałem komicznie w oczach moich współlokatorów). Złożyło się na to kilka elementów. Po pierwsze bohaterowie. To banda nieciekawych indywiduów o dość prostych charakterach. To w większości faceci o wyglądzie łamaczy kobiecych serc, więc jakby sugerowało to, że ich design został stworzony pod damskie upodobania. No ja wiem, że teraz popularny jest wygląd metroseksualny, ale mnie to zwyczajnie nie pasi. Dodatkowo pomiędzy co brutalniejszymi momentami pojawiały się te speudo-komiczne śmieszne mordki, które wydawały się być tak bardzo na siłę, że nie mogłem na nie spoglądać. Fabuła to seria epizodycznych historyjek spiętych luźno majaczącym w tle motywem głównym. Może walki będę prezentowały tutaj jakiś przyzwoity poziom? I w tym aspekcie jest średniawo. Rozczarowanie za rozczarowaniem. Wyzbywszy się wszelkich złudzeń, przejdę do fazy końcowej tejże notki. Komu więc polecę? Chciałoby się napisać: "nikomu", ale nie wypada nawet ośmielony promilami we krwi. Polecam więc ludziom preferującym klimaty starć przystojniaków z supermocami.

Netoge no Yome wa Onnanoko ja Nai to Omotta?
Link do MALa

Bardzo prosta w swej konstrukcji seryjka o dość absurdalnym głównym parringu. Nie jest to nic niezwykłego w tego typu produkcjach, bo często się zdarza, że męski protagonista spotyka już w pierwszym odcinku dziewczynę, która wyznaje mu swoje uczucia w sposób nagły i nie poparty logiką i z kompletnie idiotycznego powodu. Ta bajka nie odchodzi zbytnio do tego wzorca, a wpasowuje się w niego idealnie. Jedyny twist to w tym przypadku fakt, że nasze gołąbeczki zostali małżeństwem – ale tylko w grze. Właśnie, najważniejszy motyw, wokół jakiego obraca się cała fabuła, to gry MMO – jak już wspominałem nieraz, niezwykle oklepany gatunek ostatnimi czasy. No dobra, skoro już z początku dochodzi do takich zwrotów akcji i miłosnych wyznań, to co ma miejsce dalej? Otóż główny bohater musi się przekonać do relacji z prawdziwą już postacią, której awatara poślubił w grze, gdyż ma pewne opory przez takowymi związkami wynikające z traumatycznych przeżyć. I żeby nie było, cała gildia okazuje się być zaludniona dziewuszkami z jego szkoły, więc harem byłby z tego idealny, ale seria jedynie droczy się w ten sposób widzem, by lekko podsycać pikanterię. A tak na serio żadna samiczka nie patrzy w taki sposób na naszego protagonistę-niedorajdę, więc w zasadzie pozostaje mu tylko żoneczka z gry, która posiada szereg mniejszych lub większych wad. I w taki oto sposób przez większość serii nasza paczka ogrywa MMO i świetnie się przy tym bawi, udając, że to tylko po to, by nauczyć żoneczkę odróżniać świat gry od rzeczywistości – bo wiecie, niekiedy ma taką fazę, że wszystko się jej miesza. Pod płaszczykiem czynienie dobra, bohaterowie przeżywają kolejne przygody w ulubionej grze i czasami nawet w świecie realnym. Ogólnie rzecz ujmując, jest to komedyjka z elementami ecchi, które są mocno na siłę. Bo samych sytuacji jest tutaj nie za wiele, ale kamera tak lawiruje od pośladka do cycka, że ma się wrażenie, że kamerzysta ma tylko to na myśli. No i jak mogłoby się obejść bez sceny w łaźni... Sami bohaterowie to zgraja dość standardowa, więc żadnych rewelacji w tym aspekcie nie uświadczycie. Graficznie i muzycznie również jest średniawo, ale oglądać się to da spokojnie. I... to byłoby na tyle. Komu polecę? Na pewno lubującym się w lekkich komedyjkach z paroma dziewuszkami i jednym protagonistą oraz motywach z grami MMO. Od razu jednak zaznaczam, że oczekiwania lepiej mieć lekko stępione, bo inaczej przejdą przez tę produkcję na wylot.

Terra Formars Revenge
Link do MALa

Kontynuacja serii o wyprawie ludzi na Marsa. Dla tych, którzy nie widzieli poprzedniczki, to krótkie streszczenie: Ziemia zeszła na psy, więc ludzkość postanowiła zasiedlić Marsa. By to miało jakikolwiek sens, postanowiono przystosować tę planetę do zamieszkania, czyli wykonano tkz. terraformowanie. Pech chciał, że wysłane tam karaluchy w szybkim czasie wyewoluowały w istotny człekopodobne z niewiarygodną mocą i wysłały na Ziemię śmiercionośny wirus. By stworzyć szczepionkę, potrzebne są próbki z Marsa, więc wysłano tam grupę zmodyfikowanych ludzi, by dali sobie radę z mutantami, i przywieźli z powrotem drogocenny materiał genetyczny. Tak oto zaczyna się walka z nieznaną formą życia na wszystkich frontach, bez pardonu ani owijania w bawełnę – wygra najsilniejszy. Seria to w zasadzie tępa młócka i sprowadza się jedynie do krwawych walk ludzkości z obcymi istotami, jak również z samą sobą (jak to ludzie, nawet w obliczu zagłady żrą się ze sobą). Niewiele się różni od poprzedniczki, jednak muszę jej odjąć jedno oczko za wyraźnie gorszy styl. Seria nie okazała się chyba takim sukcesem kasowym, jak przypuszczano, więc przelew był znacznie mniejszy niż poprzednio. Zauważyłem również, że samo wykonanie lekko się różniło, bo wcześniej całość zdawała się jakby poważniejsza, a teraz w randomowych momentach pojawiały się w dymach jakieś zabawne przemyślenia postaci, które nie pasują do tego, co wykreowała poprzedniczka. Ogólnie jednak poziom zajebistości stoi wysoko i to jest godne pochwały. Może ja mam zwyczajnie przesadną miętę do tego typu serii, a tak na serio są słabe... Kto wie. Komu polecę? Kto widział poprzedniczkę, bezapelacyjnie musi zobaczyć kontynuację. A reszta? Ciężko stwierdzić. Jeśli ktoś lubi brutalne walki i szczątkową fabułę bez żadnego ecchi, to powinien zobaczyć od początku, a najlepiej od dwóch OVA będących prequelem do całości. Jeśli ci spasują, drogi widzu, witam na pokładzie. A jeśli nie? No cóż, polecam się rozejrzeć gdzie indziej.

Ushio to Tora (TV) 2nd Season
Link do MALa

Bezpośrednia kontynuacja serii o tym samym tytule. O czym warto wspomnieć? Że to produkcja kompletnie staroszkolna. Kreska, narracja, prowadzenie fabuły, gra aktorska przywodzi na myśl stare czasy anime. Nie mam zamiaru napisać, że to czyni tę produkcję zajebistą, gdyż to jedynie pewien ze sposobów na osiągnięcie sukcesu, a nie gotowa recepta. Jedno jest pewne, to wyróżnia pozycję na tle innych i czyni ją unikatową poprzez nadanie jej łatki "retro". Czy ten eksperyment się udał i tym razem? Ależ oczywiście. Prequel bardzo mi się podobał, bo brutalne i przerysowane walki w połączeniu z dość mroczną fabułą okazały się strzałem w dziesiątkę. Przerysowane wstawki komediowe oczywiście się pojawiają, gdyż tak kiedyś robiono anime i choć preferowałbym, by ich nie było, nie przeszkadzają aż tak bardzo. Postacie tutaj giną – bezpowrotnie. Przyzwyczajony dzisiejszymi doświadczeniami, zastanawiałem się, w jaki sposób polegli powrócą do życia, ale do tego nie doszło. Bo wiecie, gdy zostajecie zabici, to umieracie. Moje najwyższe uznanie również zasługuje kreska, która momentami wgniata w fotel poziomem detali oraz starannością wykonania. I te karykaturalnie wykrzywione twarze bohaterów, gdy siłują się ze sobą bądź przepełniają ich skrajne emocje. O animacji też nie mogę powiedzieć złego słowa, bo oprócz tego, że jest retro, prezentuje wysoki poziom dopracowania. Co tu owijać w bawełnę, bajka mi się podobała. A dopełnia to genialna gra aktorska i dobór tychże aktorów, oldschool pełną gębą. Komu więc polecę? Oczywiście tym, którzy widzieli poprzednią odsłonę, bo finał tej historii jest warty zobaczenia. Komu jeszcze? Pewnie ludziom, którzy lubią groteskowe walki i ostrą młóckę w sosie retro. Pozostali również mogą spróbować, ale polecam im podejść do seansu na spokojnie i z zapasem czasu, bo bajka się rozkręca z czasem.

Tanaka-kun wa Itsumo Kedaruge
Link do MALa

Wysoka średnia w tego typ bajkach lekko mnie przeraża, bo nie wiem, co siedzi ludziom w głowach. Zdaję sobie sprawę, że ostatnimi czasy zauważalny jest boom na anime o niczym, czyli tak zwanych okruchach życia, niemniej nisza niszą. Jedyną rzecz, którą pochwalam, to umiejętne wymieszanie płci bohaterów, bo nie ma tutaj dominacji ani słitaśnych dziewuszek (plaga ostatnimi czasy), ani zniewieściałych facetów. Zamiast tego mamy coś na zasadzie konsensusu, gdzie do rdzenia (pary facetów) doczepiane są regularnie coraz to nowe narośle (dziewuszki). Już chyba wiem, jak to sobie zaplanowała pani mangaczka, ale nie popieram. Teoretycznie nakreśliła jakieś tam parringi, lecz tylko jeden wybija się na pierwszy plan i zgarnia całą śmietankę sprzed ust drugiego. Gdy siostra jedna z bohaterów oświadczyła, że nie odda go nikomu, bo należy tylko do niej, to jebnąłem się dłonią w twarzoczaszkę z zażenowania (dobrze że współlokatorów nie było w pokoju). Nie o takie bajkie walczyłem...! Niemniej baja ma swoje momenty i tego jej odebrać nie podobna, a średnia ponad 8 na MAL sugeruje, że jestem marudnym dziadem. Seria, jak to przyzwyczaiły nas okruchy życia, jest o niczym, pokazuje codzienną egzystencję paru indywiduów z czego jeden to zasrany leń, mający wyjebane na życie, zaś drugi to dobra dusza, którego matka natura obdarzyła facjatą mordercy, i opiekuje się tym pierwszym. Dziewuszki z kolei to pewne odzwierciedlenia kompleksów dzisiejszych nastolatek. Jedna chce się zmienić wbrew swojemu sercu, by przypodobać się drugiej sobie, druga robi wrażenie innej niż jest naprawdę z jakiegoś pokręcone powodu, a trzecia udaje przed szkołą kogoś innego niż jest naprawdę, by zaimponować ludziom, czwarta nie mówi prawdy i knuje za plecami innych, a piąta wstydzi się kontaktów międzyludzkich i trudno jej się porozumieć z obcymi ludźmi. Zauważcie, że dość podobne te "przypadłości". I choć teraz może się komuś wydawać, że anime serwuje widzowi głęboką psychoanalizę młodzieży japońskiej, jest w błędzie, bo to płytka komedia. A czy znajdziecie lepszą pożywkę dla komicznych sytuacji jak niedoskonałość ludzka? To tyle. Komu polecę? Jeśli kręci cię spokojny slice-of-life z mieszanym płciowo gronem bohaterów i komediowymi wstawkami oraz delikatnym muśnięciem romansu (bardzo delikatnym), to polecam. W przeciwnym przypadku zapomnij, co tutaj przeczytałeś, i żyj w błogiej niewiedzy, że takie cuś istnieje.

Flying Witch
Link do MALa

Leciutka seryjka o niczym. Pardon, o wiedźmach. Tyle, że wiedźmy nie robią niczego, więc w sumie o niczym. I o co w tym chodzi? Sam do końca nie wiem, bo nie rozumiem fenomenu, który doprowadził do wysypu tylu okruch życia. No wiem, że czasami przejada się widzom ciągłe naparzanie, ciachanie i zabijanie, ale totalne "nic" jest niby lepsze? Jedno z zażenowaniem przyznam, pierwsze odcinki oglądało mi się miło. Pewnie otumaniono moje zmysły tym skromnym twistem, jakim było zaimplementowanie do fabuły czarów i wiedźm. Tyle, że to szybko się wypala i po paru chwilach znowu nie dzieje się nic. A przez "nic" mam na myśli codziennie życie paru ludzi na zadupiu w kompletnej sielance, czyli: szkoła, dom, żarcie i gadanie o głupotach. Zero akcji ani nawet szczypty romansu. Życie dla bohaterów tejże bajki jest stanowczo zbyt pobłażliwe. I... to chyba byłoby na tyle. Komu polecę? Pasi ci bezstresowe slice-of-life z magicznymi mocami? To oglądaj. W przeciwnym wypadku nawet nie kieruj na to wzroku ani nawet myśli, bo żal życia i czasu.

Boku no Hero Academia
Link do MALa

Bohaterowie kontra łotry to motyw stary jak nasza cywilizacja, ale najwidoczniej ciągle się nie nudzi, bo podobnych historii jest cała masa. Jakby się zagłębić w meandry, to widzimy tutaj jawne nawiązania do x-manów, bo dzieciaki z suoermocami dostają się do szkoły i tam rozwijają dalej swoje umiejętności. Tak w zasadzie to pewnego rodzaju miszmasz kilku gatunków upchnięty do jednego opakowania. Fabuła leci wyjątkowo powoli i koniec końców dzieje się niewiele przez te 13 odcinków. Z jednej strony czułem niedosyt, ale z drugiej zapieprzanie na złamanie karku już mi się przejadło, bo dzięki temu możemy sprawnie ogarnąć, co się dzieje na ekranie i poznać bohaterów. A już sam motyw treningu z samego początku serii trafił mnie prosto w serce, bo wychowałem się na Dragon Ballu. Mimo że główny bohater to typowa ciapa, da się go polubić, bo ma swoje mocne momenty, a ścieżka ją kroczy ku swemu celu, buduje w widzu nadzieję na zapierającą dech akcję. Ale... Po zakończeniu seansu uświadomiłem sobie, że w zasadzie niczego ten nasz heros nie osiągnął oprócz paru odważnych aktów polegających na rzuceniu się bezmyślnie między młot a kowadło bez szansy na wygraną. Jego moce choć potencjalnie wspaniałe, dalej są uśpione i czekają na poprawne użycie. Co tu ukrywać, ja właśnie na to czekałem przez naście odcinków i czuję się oszukany. Sprawę ratuje zapowiedź drugiego sezonu, który powinien być wyemitowany od razu moim skromnym zdaniem. Dość negatywnie i ponuro się zrobiło, a prawda jest taka, że to kawał porządnej animacji na bardzo wysokim poziomie. Kreska jest dość specyficzna, bo momentami przebiera zachodni styl z ostrym komiksowym cieniowaniem, co jest niezwykle orzeźwiające w gąszczu wałkowanego w kółko tego samego. To, plus ciekawa fabuła i efektowne walki, sprawiło, że seans okazał się wyjątkowo przyjemnym przeżyciem mimo wymienionych przeze mnie wad. Po cichu wierzę, że kontynuacja naprawi błędy poprzedniczki. Komu polecę? Fanom shounenów z supermocami w uniwersum z superbohaterami. To solidna seria i warto dla niej dopuścić się grzechu.

Uchuu Patrol Luluco
Link do MALa

Krótka i pokręcona seryjka spod dłuta studia Trigger – chyba więcej już nie trzeba dodawać. Fabuła jest pokręcona jak reszta ich produkcji, a w zasadzie to nawet trochę bardziej. Wszystko dlatego, że czasu antenowego mało, a aspiracje twórców przeogromne. Oprócz genialnej animacji urzekł mnie również humor, który ociera się o absurd, jest dość odważny i łamie pewne schematy. Niemniej ta notka została napisana jedynie po to, by tytuł mógł wskoczyć do rejestru. A to dlaczego? Z powodu utworu z napisów końcowych. Choć seryjka lekka i przyjemna, nie porwała mnie aż tak i z racji dość krótkiego formatu nie ma o czym za wiele pisać bez spojlerów, więc w normlanych warunkach zostałaby pominięta i przepadła w odmętach chaosu. Niemniej ten utwór jakoś wpadł mi w ucho i nie mogę się teraz pozbyć go z głowy – a to już powód do wyróżnienia. Komu polecę więc? Na pewno zakochanym w innych produkcjach studia Trigger, bo każde kolejne powiela klimat poprzedników (niczym Shaft). Nie polecam zaś nikomu na siłę, bo niczego mi nie urwało - dupę mam na miejscu. Muzyczka fajna.

Nijiiro Days
Link do MALa

Bałem się. Faktycznie się wystraszyłem, gdy zobaczyłem na okładce czterech facetów, a w tytule była tęcza. Coś takiego śmierdziało "sami-wiecie-czym" na kilometr, jednak uparcie się nie zrażałem i siadłem do seansu z otwartą głową (w pamięci jeszcze świeże były wspomnienia z Super Lovers). I całe szczęście, że tym razem się myliłem. Już sam opening wyprowadził mnie z błędu, zapowiadając coś, czego od dawna szukałem, a mianowicie romansik. A jak okazało się naprawdę? Już śpieszę tłumaczyć. Seryjka opowiada o perypetiach czterech kolegów, z których każdy z nich jest dość specyficzny i unikatowy. Gdyby jednak tak to miało zostać, wyniknęłaby z tego typowa slice-of-lifowa kupa ze smrodkiem pedalskim. Ale stało się inaczej. Bohaterowie spotykają dziewuszki już od początku i dają się wciągnąć w miłosny wir. Rzecz jasna nie mamy tutaj niczego ciężkiego ani poważnego, bo zbytnio kolidowałoby to z tytułem. Ale jednocześnie nie ujrzymy tutaj haremu czy płytkich cyckowych wstawek znanych z seryjek ecchi. Jest luźno, dość prostolinijnie, kolorowo i momentami przewidywalnie. Na jednego faceta przypada jedna samiczka. Gdy ta pojawia się na ekranie, widz już wie, w jaką stronę potoczą się losy danej pary. Jedyną niewiadomą okazuje się ścieżka do tej konkluzji i czas, jaki będzie potrzebny do jej osiągnięcia. Tutaj wchodzimy na kolejny mankament, a mianowicie długość produkcji. Niby 24 odcinki, a jeden to zaledwie połówka normalnego, więc poniekąd mamy przed sobą 12 pełnych. Zaspojluję wam, że niedosyt jest silny po zakończeniu, bo dopiero gdzieś od połowy zaczęło się robić ciekawie i zostawiono nas zawieszonych w próżni, bo końca nie widać. Akcja również za bardzo się rozwlekała, co nie pomagało. W zasadzie tylko jeden bohater osiągnął cel, a co najgorsze, on nawet się nie starał, bo fabuła uposażyła go w wybrankę już od początku. Reasumując. Mamy do czynienia z bardzo luźnym romansikiem ze znośnymi bohaterami i zabawnymi momentami, które jednak nie przytłaczają romansowego charakteru produkcji. Tempo jest wolne, więc nie ma co czekać na energiczne wyznania miłości, a powolną przemianę bohaterów. A czasami nawet brak przemiany mimo pewnych konkretnych zdarzeń, jakie miały miejsce – jakby autorzy nie mieli zamiaru doprowadzić do konkluzji. Komu polecę? Fanom romansików. Dla reszty danie niejadalne.

Sakamoto desu ga?
Link do MALa

Seria będąca czymś pomiędzy komedią a slice-of-lifem opowiadająca o tytułowym bohaterze, który jest zajebisty we wszystkim, co robi. Faceci przyklaskują mu z uznaniem, a dziewczyną uginają się kolana na sam jego widok. To utożsamienie słowa "COOL", bo nie dość, że pomaga innym oraz prostuje skrzywione charaktery, to jeszcze robi to stylowo. Niemniej pozostaje wyjątkowo ważne pytanie, czy dobrze się to ogląda? I tutaj natrafiamy na schody. Moim skromnym zdaniem jest na odwrót. Po pierwszych odcinkach reszta staje się tak potwornie przewidywalna, że trudno wykrzesać z siebie choć odrobinę uwagi i ciekawości. Ale to w sumie dałoby się przeżyć, gdyby gagi były miodne... No właśnie – gagi. Z jakiegoś powodu równie absurdalna postać została włożona do dość poważnego świata. Cięższe tematy są tutaj na porządku dziennym, a komedii brak, więc balans przesuwa się odrobinę w stronę okruch życia. Bawić mogą jedynie krótkie historyjki wplecione między dłuższe, półodcinkowe epizody fabularne. Zamiast śmieszyć, fabuła zamienia się w moralizatorski poradnik dla młodzieży szkolnej. Pomysł to kompletnie chybiony i nudny na dłuższą metę. Komu polecę więc? Sam nie wiem. Może fanom perypetii szkolnego supermana z odrobiną humoru i przesłaniem...? To nie tak, że musiałem tłumić odruch wymiotny czy coś, ale miałem trudności z oglądaniem. Ostrzegam potencjalnych widzów.

Shounen Maid
Link do MALa

A wiecie, że tytuł tejże produkcji dopiero po pierwszym odcinku (a raczej w jego trakcie) został przetworzony przez mój umysł? Wtedy zrozumiałem, że wpakowałem się w niezłą kabałę. Niemniej gdzieś w głębi ciekawiło mnie, czy to aby na pewno to, co myślę. I... Na szczęście nie uświadczymy tutaj gejozy w żadnej formie i treści, a jedynie zniewieścienie męskich bohaterów, co sprowadza się do męskiego moe (jeśli coś takiego może istnieć). Co jednak nie znaczy, że seria ma w sobie coś ciekawego i warto ją polecić. Pomysł przyświecający całości zdradzony w tytule woła o pomstę do nieba z powodu totalnego idiotyzmu. W zasadzie dla kogo ta produkcja jest przeznaczona? Uczeń podstawówki, który po śmierci matki, zostaje przygarnięty przez ciapowatego wuja do dużej posiadłości, gdzie zajmuje się sprzątaniem i gotowaniem. No niby drama, prawda? Małe dziecko traci najbliższą rodzinę i nie ma się gdzie podziać, ale oprócz paru momentów wszystko sprowadza się do głupkowatych żarcików. Że niby słitaśny chłopaczek? Oraz ekscentryczny pszystojniacha i niczego sobie asystent/lokaj. Więc może chyba dla kobiet... I tutaj przerwę, gdyż jestem facetem i najwyraźniej w ogóle nie miałem się za to zabierać, a jakiś dziwny zbieg okoliczności sprawił, że znalazło się to u mnie na dysku. Przepraszam. Komu polecę? Samicom i samcom gotowym na eksperymenty. Jeszcze raz przepraszam i żegnam.

Koutetsujou no Kabaneri
Link do MALa

No i nadszedł czas na tę serię. Teoretycznie mógłby się teraz wziąć w garść i ugryźć temat bardzo naukowo. Rozebrać każdy element tejże bajki na jeszcze mniejsze kawałeczki i przeprowadzić syntezę całości w odniesieniu do poszczególnych części – co głownie sprowadziłoby się do odpowiedzi na pytanie, czemu ta bajka zawodzi oczekiwania widzów. Ale nie, nie mam zamiaru tego zrobić, bo jakaś mała część mojego umysłu odmawia. Przeważnie staram się pisać obiektywnie i wychodzi mi to miernie, ale tym razem nawet nie chce mi się starać. Napiszę to, co mi w sercu gra. Pierwsze wrażenie po rozpoczęciu seansu jest bardzo pozytywne i chyba ma tak większość populacji, co wywnioskowałem z pikującej w dół oceny im bliżej było końca sezonu. Czego to zasługa? Wielu elementów. Genialnie wykreowanego świata z nutką survivalu, ciekawym poziomem technologicznym (steampunk) wymieszanym z typowo japońskimi zabytkami architektury, stylem życia, kulturą i ubraniami. Choć, prawdę powiedziawszy, kimon i katan mam po dziurę w dupie i nie piałem z zachwytu na ich widok, wszystko rekompensowała mi kreska. To taki wysokobudżetowy powrót do przeszłości z tonami efekciarstwa, miodną animacją i miłą dla oka grafiką komputerową. Z ciekawości zerknąłem na dorobek studia i okazało się, że zrobili Atak na Tytana – to było tak oczywiste, że aż się nie domyśliłem. I płynnie mogę się odnieść do pierwszego zarzutu – że to zrzynka z tytanów. To oczywiste, że zżynali, skoro pracowali przy tym ci sami ludzie, czy inaczej – inspirowali się. Poza tym seria nie ma żadnego pierwowzoru, więc scenariusz jest oryginalny i tutaj jest pewnie pies pogrzebany. Ale czy na pewno? Bo wiecie, bohaterowie mają butle na plecach, ale nie latają jak pojebani, tylko zasilają nimi swoje karabinkii. W ogóle cała warstwa technologiczna jest bardziej spójna, bo skoro mają pociągi parowe, to każda machina oparta na pneumatyce może w tym świecie egzystować bez szczególnego naciągania realiów. Pod tym względem jest nawet lepiej. A że jucha się leje a ludzie giną tak samo jak i tam? No cóż, to samo macie w Grze o Tron. Dobrze wykorzystana śmierć może być genialnym motorem napędowym fabuły. Szkoda jedynie, że tajemnice okazują się dość płytkie i już po paru odcinkach mój pociąg (taki żarcik słowny) do fabuły gdzieś się wykoleił przed stacją. Pozostaje jedynie ślinić się nad akcją, kreską i nawet fajną momentami dramą. No ale co jeszcze? Ja osobiście lubię smaczki w bajkach, nawet jeśli po dłuższym zastanowieniu nie mają sensu, byle do mnie trafiały. Tutaj tak miałem. Już pomijając design dziewuszek z rumianymi licami, który jakoś mi spasował, nic nie pobiło tego momentu, gdy pani maszynistka ściąga kurtkę i siłuje się wielką metalową wajchą, eksponując przy tym pokaźną muskulaturę plecków (GIF). Myślę sobie: "Co ja robię z życiem, przecież ona ma większe plecy ode mnie!". No i dzięki tej bajce wróciłem na siłownię. Po spompowaniu się i pozowaniu przed lustrem z ulgą stwierdziłem, że nie było ze mną aż tak źle, ale to już inna historia. Niemniej konkluzja jest taka, że gdyby ktoś miał mnie zapytać: "tuli-poduchę z jaką postacią zakupiłbym, gdybym musiał" to pewnie z panią maszynistką. I wiecie, przez większość czasu odwracałbym ją na drugą stronę, by oglądać te plecki... Ale dość dygresji, kolejny smaczek. Pewnie zauważyliście, że jedna postać (mechanik) dorzucała do swoich wypowiedzi angielskie frazy z bardzo dobrym akcentem, aż mnie zatkało za pierwszym razem. Moje uszy krwawiły tylekrotnie, że tym razem poczułem się jak w raju. Czemu, u diabła, nie wykorzystują takich spikerów częściej? Bo pewnie gość jest drogi, a akurat na tę baję kasy nie żałowano – szkoda. Po trzecie. Lubię młode talenty. Gościa pierwszy raz usłyszałem w Ushio to Tora i kupił mnie swoim dość oryginalnym głosem, z którego wyróżniały się krzyki i jęki. Tutaj znowu otrzymał główną rolę, co zapowiada mu owocną karierę. Potem wyróżnić mogę parę piosenek puszczanych w trakcie walk jak i ostatni rajd na bastion wroga. Są też całkiem małe smaczki jak przybijanie sobie do ręki działka pistoletem na gwoździe i parę innych, które już wyleciały mi z głowy. Seryjka za bardzo mi weszła pomimo swoich wad, co uświadamia mi rozum raz po raz, lecz serce nie drużba – jak rzecze porzekadło. Komu polecę? To wysokobudżetowe kino akcji bez krzty moralnego przesłania ani ambitnej fabuły, która z czasem staje się coraz gorsza i bardziej przewidywalna. Na co można więc liczyć? Najlepiej na nic, a jedynie sycić wzrok cudnymi wodotryskami i doszukiwać się ciekawych smaczków. Porównanie do God Eatera nasuwa się samo i jest chyba trafne. Nie pozostaje nic innego jak życzyć skuszonym (są jeszcze tacy?) miłego seansu, a samemu wracać do pisania. Adieu!

Kiznaiver
Link do MALa

Ta seria to był najbardziej porąbany emocjonalny rollercoster, jakiego doświadczyłem w bajkch od dawna. Zostawiłem sobie tę produkcję na sam koniec, bo liczyłem, że osłodzi mi słaby sezon, ale nawet to nie było mi pisane. Od razu zrzucę to z serca i przyznam się bez bicia, że kupił mnie opening. Kocham BBS (Boom Boom Satellites) i jak pierwszy raz go usłyszałem, to już wiedziałem, co wgniecie mnie w fotel. Wizualnie miodzio - zarówno wspomniany op jak i sama baja. Nigdy nie byłem fanem tego typu kreski, ale studio Trigger pokazało klasę i napracowanie w jakości swoich animacji. Dalej kojarzyło mi się to z ich poprzednimi produkcjami z powodu pewnej dozy szaleństwa na ekranie oraz specyficznego humoru. Mimo tego podobieństwa jakoś udało mi się przezwyciężyć opory i spojrzeć na to z odrobinę innej perspektywy, gdyż nie mamy do czynienia z szaloną bijatyką (KIll la KIll, Ninja Slayer) a dramatem z elementami sci-fi. Zgraja bohaterów na samym początku zdawała się znacznie bardziej pokręcona, niż okazało się potem, co na plus, bo każdy nich miał swoją ludzką twarz pod maską dziwności. Ich przygody były jak dla mnie sinusoidą oscylującą między zaciekawieniem a nudą. Dość tajemniczy początek przedstawiał bohaterów i zachęcał do oglądania, natomiast potem po uchyleniu rąbka tajemnicy jakby czar blednął i okazywało się, że to wcale nie jest to, czego się spodziewaliśmy. W tym momencie banda irytuje i niewiele możemy na to poradzić, musimy oglądać dalej. Wtedy bajka wchodzi na tory romansowo-dramowe, co mi osobiście pasowało, więc moja radość z oglądania znowu wzbiła się pod niebiosa. Apogeum dramy miało dość długą podbudowę, ale uderzyło w widza ostro i nie pozostawiło na nim suchej nitki sceną łamiącą serce. Każdy każdemu wyznał uczucia i okazało się, że nikt ich nie odwzajemnia, co zakończyło się spektakularnym pierdolnięciem. Pełny nowych nadziei i chęci do oglądania uzmysłowiłem sobie, że jeszcze parę odcinków do końca i chyba wiem, jak to się dalej potoczy... Zranione dzieciaczki rozpierzchły się na wszystkie strony świata i lizały zranione serca w samotności. Poziom zajebistości znowu runął w dół i zacząłem wątpić, czy finał choć zbliży się do tego jebnięcia z wcześniej. I nie zbliżył się, bo niektóre postacie nagle zaczęły się zachowywać nielogicznie i powstała z tego taka sztuczna drama na siłę próbująca poruszyć widza – ale to już nie to. Zakończenie było do przewidzenia, bo nie wyobrażam sobie, by miłość i przyjaźń nie wygrała, pokonując wszelkie przeciwności losu. Tak, wiem, brednie oderwane od rzeczywistości. Ale dla mnie to dalej nie był koniec. Wtedy też dowiedziałem się, że mój ukochany zespół BBS po EP "Lay Your Hands on Me" rozpada się z powodu nawrotu raka mózgu wokalisty. I kolejny szok. Po takiej wiadomości ciężko mi spoglądać na tę serię bez nadmiernych emocji, gdyż już nigdy więcej nie usłyszę w żadnej bajce tego zespołu. I to chyba byłoby tyle z mojej strony. Reasumując. Bajka to niewykorzystany potencjał, ale tak to miało wyglądać i tak wyglądać będzie. Nawet sam pomysł nie jest niczym nowym, bo to pośrednia kalka Kokoro no Connect. Komu polecę więc? Fanom animacji studia Trigger oraz lekkich dramatów dzieciaków z problemami emocjonalnymi. Jeśli kogoś zastanawia moja ocena, to pamiętajcie, żeby odjąć od niej jedno oczko, które dodałem jedynie za utwór z op.

I to byłby koniec, moi kochani. Ściągałem bajki z myślą, że pewnie następna będzie lepsza od poprzedniej... Aż nagle okazało się, że więcej już ich nie ma. Cóż... Nie łudzę się, że następny sezon będzie lepszy, bo zauważyłem, że mogę liczyć jedynie na parę dobrych tytułów, a reszta to równia pochyła. Życzę więc sobie (i wam), by coś fajnego napatoczyło się w tym kwartale, bo jak tak dalej pójdzie, mój kącik zatraci rację bytu, bo nie będzie komu czego polecać. Do następnego.

Komentarze

#1 | Marta dnia grudzień 16 2017 14:25:09
Podsumowanie wyszło bardzo bogato. Warto przeczytać całe aż do końca. Świetny materiał.


https://gamera.pl/

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Wygenerowano w sekund: 0.56
1,258,746 unikalne wizyty